Kamyk
22178
post-template-default,single,single-post,postid-22178,single-format-standard,cookies-not-set,stockholm-core-1.1,select-theme-ver-5.2.1,ajax_fade,page_not_loaded,vertical_menu_enabled,wpb-js-composer js-comp-ver-6.0.5,vc_responsive
Title Image

Kamyk

Kamyk

Dziś mam dla Ciebie anegdotę autorstwa Christiny Hall zatytułowaną „Kamyk”. Czytając ją zapraszam Cię abyś zastanowił/zastanowiła się i szczerze odpowiedział/odpowiedziała sobie na pytania:

Co mi umyka?

Czego nie zauważam?

Bez obaw też zapisz swoje odpowiedzi i wnioski.

Chętnie je przeczytam, jeżeli zechcesz się nimi ze mną podzielić.

A zatem, czas zacząć.

„Trzech nomadów przygotowywało się do spoczynku. Na środku pustyni było kompletnie ciemno i robiło się coraz zimniej. Przywiązali swoje wielbłądy, wypakowawszy potrzebne rzeczy z sakw przy siodle, rozbili namioty i rozłożyli maty do spania. Już gotowali się do snu, kiedy ich uwagę przyciągnęło niezwykłe błyszczące światło na horyzoncie.

Patrzyli, a światło jaśniało coraz bardziej. Nabrało intensywności, jarzyło się, błyskało i migotało, pędząc ku nim, aż wypełniło całe nocne niebo. A oni wiedzieli, każdy z nich był absolutnie przekonany, że stoją w obliczu jakiejś Boskiej Istoty, więc czekali na słowa, które miały paść.

I słowa padły.

Rzekły: „ Idźcie dalej w pustynię. Zbierzcie tak wiele kamyków, jak możecie. A jutrzejszy dzień zastanie was zachwyconych, rozczarowanych i bardzo, bardzo zaciekawionych…”

I tyle. Nie było nic więcej tylko cisza.

Światło wycofało się tam, skąd przyszło, aż znów zrobiło się ciemno, z wyjątkiem migotania gwiazd wysoko na czarnym nieboskłonie.

Nomadzi byli wściekli.

– Co to za Bóg? – miał pretensje jeden z nich. – Zbierać kamyki? On myśli, że kim my jesteśmy? Pachołkami? Śmieciarzami? Ja należę do dumnej rasy. I mam się nisko schylać?

Inny dodał – Prawdziwy Bóg inaczej by to urządził. Prawdziwy Bóg podzieliłby się z nami tajemnicą. Powiedziałby nam, jak pozbyć się biedy i cierpienia albo jak zapobiec globalnemu ociepleniu, albo jak nawadniać pustynię.

– Prawdziwy Bóg – powiedział trzeci z nich – dałby nam klucz do sukcesu albo zwycięskie numery na loterię; pokazałby nam, jak stać się bogatym i sławnym.

Jednak, być może z powodu wspomnienia czystości tego światła lub głębokiej autorytatywności głosu, który wymówił tamte słowa, nomadzi poszli w pustynię, marudząc i wyrzekając, od niechcenia zebrali po kilka kamyków i wrzucili byle jak w czeluści swoich sakw. A potem poszli spać.

Wstał piękny poranek. Nomadzi zwinęli swoje maty do spania, poskładali namioty, przywiązali do juków i wyruszyli do najbliższej oazy. Jechali ze słońcem wędrującym wysoko po niebie, poprzez strome wydmy i głębokie skaliste kaniony. Jechali cały dzień, dopóki nie zobaczyli odbicia zachodzącego słońca, błyszczącego na jeziorze w centrum oazy, której szukali.

I przeszli przez swój rytuał, jak każdego dnia. Przywiązali wielbłądy. Rozbili namioty. Rozłożyli maty do spania.

A potem jeden z nomadów poszedł, by poszukać czegoś w swojej torbie przy siodle. Kiedy tak gmerał, jego ręka trafiła na coś małego, okrągłego i twardego. Kamyk. Gdy go wyciągnął, ku swojemu zaskoczeniu zobaczył, że to jest diament, i nie mógł w to uwierzyć. Poszukał i wyciągnął pozostałe diamenty, wołając towarzyszy, a oni także odkryli, że ich kamyki stały się diamentami.

Możecie sobie wyobrazić, jak byli zachwyceni.

Wtedy uświadomili sobie, jak mało kamyków zebrali poprzedniego wieczoru, jak byli rozczarowani.

Po chwili jednak zaczęli się zastanawiać nad znaczeniem tego wszystkiego. Kamyki, które poprzedniej nocy uznali za bezwartościowe, teraz okazały się cenne. Zaczęli myśleć, jak wiele innych rzeczy w ich życiu, które wcześniej uznali za mające niewielkie lub nie mające żadnego znaczenia, mogłoby mieć wartość, której jeszcze dotąd nie odkryli czy też nie rozpoznali.

I tak stali się ciekawi odkrywania znaczeń pod powierzchnią rzeczy, co właśnie zaczęli mętnie pojmować z rosnącym podnieceniem i zachwytem”.